Kumoterstwo «wzajemne popieranie się ludzi związanych pokrewieństwem, zażyłością lub przynależnością do określonej grupy» – Słownik Języka Polskiego PWN
Ponieważ kilkakrotnie w swoich wpisach, komentując naszą lokalną rzeczywistość, odwoływałem się do pojęcia „kieszonkowego”, a zapewne również w innych miejscach spotkali się czytelnicy z tym pojęciem, uznałem, że należy się Państwu bliższe przybliżenie tej wątpliwej „instytucji”. Mój zamiar szczegółowego wyjaśnienia wzmaga fakt, że w pewnym sensie czuję się odpowiedzialny za to, że „kieszonkowe” zagnieździło się w naszych zielonogórskich zwyczajach. Należy bowiem podkreślić, że jest to proceder nie występujący w innych lokalnych i regionalnych wspólnotach. W każdym razie, mimo współpracy, z racji wykonywanego zawodu, z przeróżnymi samorządami w całym kraju, nie spotkałem się z takim samym „dodatkiem motywacyjnym” w innych miastach. Można więc powiedzieć, że to jest taka zielonogórska spécialité de la maison.
Intencje były w każdym razie szczytne. A zaczęło się wszystko jeszcze w 2002 r., a więc 22 lata temu, kiedy nieoczekiwanie dla wielu, a szczególnie dla ówczesnego SLD i prezydenta z tego ugrupowania Zygmunta Listowskiego, prezydentem Zielonej Góry została Bożena Ronowicz. Rada Miasta była wtedy jeszcze bardziej rozdrobniona. Radni reprezentowali pięć środowisk, prezydent nie miała większości w radzie, a jak się łatwo domyśleć lokalne SLD nie ułatwiało życia nowej prezydent miasta.
Klub radnych Platformy Obywatelskiej w tamtym czasie był wyjątkowo skromny, nasza reprezentacja w Radzie wynosiła raptem trójkę radnych, ledwo wystarczając na zawiązanie klubu. Mimo to uważaliśmy, że choć prezydent „nie jest z naszej bajki” nie możemy tak jak SLD pozostawać w opozycji totalnej i chcemy również wziąć odpowiedzialność za Zieloną Górę. Tak się złożyło, że II tura wyborów odbyła się 10 listopada i na złożenie projektu budżetu zostało bardzo mało czasu. Wtedy właśnie zaproponowałem, że jeżeli radni mają czuć się odpowiedzialni za budżet, to powinni jaki taki wpływ na kształt tej uchwały mieć. Zdecydowano więc, w słusznej intencji troski o koncyliacyjność w radzie miasta, że przed złożeniem projektu do ratusza zostaną zgłoszone propozycje wydatków nie tylko przez prezydenta, ale też przez radnych z różnych klubów, a po ich przedyskutowaniu i uzgodnieniu zostaną wpisane do projektu uchwały budżetowej jako wspólne zadania.
I tak to trwało przez kilka lat. Nawet na początku I kadencji Janusza Kubickiego jako Prezydenta, kiedy to Klub Radnych Platformy Obywatelskiej z trzech radnych urósł do dziesięciu i był największym klubem w ratuszu, działał ten sam mechanizm zgłaszania przed złożeniem projektu budżetu propozycji inwestycyjnych, tak aby budżet był budżetem nie radnych prezydenta, a budżetem Rady Miasta.
Z czasem jednak ta szczytna idea zaczęła ulegać powolnym zmianom i ewoluować w niebezpiecznym kierunku. Najpierw, kiedy kolejny raz nie udało się uzgodnić wspólnych inwestycji przed terminem na złożenie projektu budżetu, dla wygody (a słuszniej byłoby powiedzieć z lenistwa) przyjęliśmy, że środki na wspólne zadania zostaną zgłoszone w trakcie roku budżetowego, a do uchwały wpiszemy ogólną kwotę rezerwy do podziału w przyszłości. Następnie, pozornie aby uniknąć niepotrzebnych swarów o to czyje zadanie jest lepsze, podzielono tą ogólną rezerwę pomiędzy kluby radnych. To rozwiązanie nie było jeszcze takie złe, bo nadal pozostawał cień koncyliacyjności, skoro to trzy kluby musiały się zgodzić na wspólną listę zadań budżetowych.
Najgorsze nastąpiło z chwilą, kiedy zdecydowano, że skoro kluby radnych mają różną liczebność przyznajmy konkretne, okrągłe sumki nie klubom, a każdemu radnemu. Od tego czasu każdy radny dostawał „dla siebie” wcale nie małą kwotę (około 100 tyś zł dla radnej lub radnego), którą rozporządzał według własnego uznania i nawet choćby wymyślił najgłupszy wydatek nikomu nic było do tego. Ba, „kieszonkowe” (to wtedy przylgnęło do tego procederu to mało sympatyczne określenie, choć co bardziej złośliwi nazywali „kieszonkowe” „paciorkowym”) stało się swoistym przedmiotem obrotu: radny „udostępniał” swoje limity innemu, któremu akurat w danym roku pula nie starczyła na zgłaszane do budżetu zadanie, którą w kolejnym roku „zwracał” mu radny cierpiący wcześniej na deficyt.
Od tego czasu każdy radny dostawał „dla siebie” wcale nie małą kwotę (około 100 tyś zł dla radnej lub radnego), którą rozporządzał według własnego uznania i nawet choćby wymyślił najgłupszy wydatek nikomu nic było do tego.
Mechanizm ten stał się z czasem doskonałą wymówką dla magistratu w zaspokajaniu podstawowych potrzeb m.in. miejskich jednostek organizacyjnych. Osoby zwracające się o dofinansowanie takiego czy innego zadania słyszały w urzędzie, żeby zwrócić się do radnego, w końcu może zgłosić to do budżetu ze „swoich” pieniędzy. Sam odebrałem telefon od kierownika jednej z miejskich jednostek z prośbą o przekazanie określonej kwoty z „kieszonkowego” na uwaga – remont dachu w jednym z pomieszczeń. Na moje pytanie, czy czasem tak elementarna potrzeba nie powinna być zaspokojona ze środków remontowych usłyszałem, że owszem, otrzyma 50 % ale pod warunkiem, że pozostałą część uzbiera po radnych.
Rosły też z czasem oczekiwania co do dyspozycyjności radnych. Na początku warunek dysponowania „kieszonkowym” był jeden: poparcie dla budżetu na dany rok. Wtedy jeszcze wolność radnego do formułowania sądów i jego kompetencje do rzetelnej kontroli działania prezydenta nie były jakoś specjalnie mocno ograniczone. W kolejnych latach, jak się łatwo domyśleć, oczekiwania co do spolegliwości radnego rosły. Nie tylko budżet ale też absolutorium, aż doszło do tego, że zaczęto dzielić radnych, na tych dobrych, którym się „kieszonkowe” należy, i na takich niepokornych, których należy ukarać.
W kolejnych latach, jak się łatwo domyśleć, oczekiwania co do spolegliwości radnego rosły. Nie tylko budżet ale też absolutorium, aż doszło do tego, że zaczęto dzielić radnych, na tych dobrych, którym się „kieszonkowe” należy, i na takich niepokornych, których należy ukarać.
Dla mnie czara goryczy przelała się pewnego dnia 2019 r., kiedy zostałem zaproszony do jednego z gabinetów na pierwszym piętrze biurowca przy ul. Podgórnej 22. Tam zaproponowano mi, abym drogą elektroniczną na znany mi adres przesłał zadania, które chcę sfinansować z budżetu. Ponieważ wtedy już relacje pomiędzy Platformą Obywatelską a prezydentem były, że użyję eufemizmu, napięte, zdziwiła mnie ta propozycja i zapytałem co z pozostałymi radnymi naszego klubu. Usłyszałem w odpowiedzi, że z naszej siódemki taką propozycję otrzymało jeszcze dwóch radnych. Na pytanie o pozostałych, to jest Marcina Pabierowskiego, Janusza Rewersa, Darka Legutowskiego i Sławka Kotylaka usłyszałem, że ten pierwszy nie, bo robi szum wokół remontu amfiteatru, ten drugi nie, bo komentował w TVN weekendową toaletę w Parku Piastowskim, ten trzeci krytykuje prezydenta za stan powietrza w Zielonej Górze, a Sławek Kotylak „nie bo nie”.
I w ten oto sposób idea, która miała nakłaniać do koncyliacyjności w radzie miasta stała się kumoterstwem w czystej postaci, bo prawo do „swoich” zadań finansowanych z budżetu Zielonej Góry, mają tylko „swoi”.
